Curlingowe Biesy i Czady - zapowiedź i wywiad

10 January 2019 10:35 Paweł Świątkowski
© Sergey Pesterev / Wikimedia Commons / CC BY-SA 4.0

Curlingowe Biesy i Czady to nie tylko zupełnie nowe wydarzenie na curlingowej mapie Polski, ale przede wszystkim idea, której jeszcze nikt w kraju nie odważył się zrealizować – turniej na tafli zamarzniętego jeziora. Odbędzie się od w weekend 11–13 stycznia w karczmie Wilcza Jama w Smolniku koło Lutowisk w samym sercu zimowych Bieszczad. Z Bartoszem Sitkiewiczem, głównym organizatorem i pomysłodawcą, rozmawiał o turnieju Aleksander Grzelka.

 

AG: Jak organizuje się turniej na jeziorze?

BS: Lepiej będę mógł odpowiedzieć na to pytanie po turnieju, bo teraz nie wszystko jeszcze wiem. Jest to duże wyzwanie przede wszystkim dlatego, że nie mamy takich doświadczeń tutaj w Polsce. Starałem się zebrać informacje ze Szwajcarii czy ze Szkocji, gdzie organizuje się tego typu wydarzenia. Na pewno Wilcza Jama jest bardzo podekscytowana tym całym wydarzeniem. Już odśnieżają nasze przyszłe pole gry, a mamy tam teraz około metra śniegu. Największym problemem wydaje nam się wiatr, który jest dość mocny w Bieszczadach. Temperatury są odpowiednie - około -17 stopni.

 

Jaki będzie format turnieju?

Będą 3 tory. Nie wiemy jeszcze jaka będzie ich długość, bo z tym różnie bywa na zawodach pod gołym niebem. Problemem dla nas, w odróżnieniu od innych turniejów, jest na przykład światło. Mecze będą rozgrywane od samego rana do około godziny 16 i potem będziemy musieli się zająć już czymś innym niż curlingiem.

 

Co możesz nam powiedzieć o samym miejscu, które będzie gościło turniej?

Jeżdżę tam już od dziesięciu lat i miejsce jest fantastyczne. Nie ma telefonów, są bardzo duże problemy z zasięgiem i można skutecznie oderwać się od cywilizacji. Kibice będą mieli piękną perspektywę. Przy restauracji jest taras widokowy, gdzie można będzie usiąść na leżaku, otulić się kocem, zamówić grzańca i z góry oglądać innych jak grają.

 

Czy jest szansa by turniej stał się imprezą cykliczną?

Zobaczymy. Na razie idea była, by zebrać jak najwięcej osób, które zakładały curling w Polsce i zorganizować takie “spotkanie po latach”. Natomiast jeśli format się spodoba to zobaczymy. Wydarzeniem zainteresował się nawet marszałek województwa podkarpackiego, więc myślę że jest szansa żeby przekuć to w coś regularnego, nie wykluczam tego.

 

Czego przede wszystkim oczekujesz po tegorocznej edycji?

Na pewno liczę na to, że będzie to świetne spotkanie towarzyskie, również osób, które już w curling nie grają, ale grały na przykład w roku 2004. Mieliśmy wtedy dużo fajnych pomysłów na ten sport. Wiadomo, życie je trochę zweryfikowało, dlatego też na pewno nie wszyscy będą obecni. Ale na pewno pojawią się ci, którzy swoim zachowaniem i postępowaniem nawiązują do ducha curlingu i idei fair play. I to chyba jest dla mnie najfajniejsze - że jest świetny odzew. Ściągamy ludzi mieszkających teraz na Gibraltarze czy w Dubaju. Odświeżymy wiele curlingowych nazwisk i być może zarazimy ich znów tym sportem.