Z pamiętnika początkującego curlera #2

15 października 2018 10:30 Wojciech Nowakowski
źródło: fb Toruń Curling Cup. Autor

Po pamiętnym treningu w Łodzi przyszedł czas zmierzyć się w warunkach meczowych. W dzisiejszej odsłonie cyklu „Z pamiętnika początkującego curlera” przybliżę kulisy swojego debiutanckiego turnieju - Toruń Curling Cup.

PKC Poznań, którego barw mam zaszczyt reprezentować, istnieje już 11 lat, jednak tak naprawdę dopiero teraz zaczyna się rozwijać po latach przestoju. Większość naszej ekipy pierwsze kroki na lodzie curlingowym stawia dopiero w tym roku, a ze względu na ograniczone możliwości treningowe, najlepszą nauką są dla nas turnieje, toteż staramy się zebrać drużynę na jak największą ich liczbę. Mój czas nadszedł na początku października.

Pierwszy problem pojawił się podczas... wyjazdu z Poznania, kiedy to samochód doznał awarii, przez co nasza podróż opóźniła się o blisko dwie godziny. W tym miejscu wielkie podziękowania należą się organizatorom oraz naszym pierwszym rywalom, SCC Wa ku’ ta Baltic Team, którzy poczekali na nas do 12:30, choć mecz zaplanowany był na 11:45. Szczęśliwie pod lodowisko „Mentor” zajechaliśmy o 12:24, dzięki czemu mieliśmy czas się przebrać i dotrzeć na najbardziej oddalony od wejścia na taflę tor D.

W takich okolicznościach za sukces należy uznać zdobyty przez nas punkt – w sumie przegraliśmy 1:11, spadając do drabinki B. Do meczu pozostały nam trzy godziny, więc mieliśmy czas, aby zakwaterować się w... Bydgoszczy. Tak jest – ze względu na odbywające się w ten sam weekend na Motoarenie finałowe zawody żużlowego cyklu Grand Prix, kwatery w Toruniu, do których udało nam się dotrzeć były już pozajmowane lub horrendalnie drogie, wobec czego wybraliśmy tańszą, aczkolwiek wymagającą 45-minutowej jazdy z lodowiska opcję bydgoską. Na szczęście nie sprawiło nam to aż tak dużych problemów, a na przyszłość poznaliśmy adresy lokum, które zazwyczaj są wolne – może to dzięki temu, że nie ogłaszają się w internecie.

Drugi mecz w piątek rozegraliśmy przeciwko GCC Hansa Team – drużynie energicznych, wygadanych, ale przede wszystkim służących cenną radą nam, „świeżakom”, seniorów. Z siedmiu endów wygraliśmy cztery, jednak każdy tylko za jeden punkt, co w porównaniu z dwiema partiami na 0:2 i jedną na 0:3 nie wystarczyło do pokonania gdańszczan. Mając jednak doświadczenie z dwóch spotkań mogliśmy przygotować taktykę na sobotę, kiedy to cel był jasny – wygrać pierwszy mecz, aby zapewnić sobie więcej gry w turnieju niż gwarantowane przez organizatora cztery spotkania.

W międzyczasie jednak czekał nas bankiet zorganizowany w centrum miasta, co wywołało kolejny problem komunikacyjny – konieczność znalezienia miejsca parkingowego na starówce w piątkowy wieczór. Szczęśliwie udało nam się zaparkować niedaleko miejsca docelowego, a później pozostała nam zabawa – po kolacji starym curlingowym zwyczajem zostaliśmy zaproszeni przez naszych pogromców do wspólnego stolika. Od pierwszych naszych rywali zażyczyliśmy sobie zestawu czarnego – w zależności od indywidualnych upodobań czarnej herbaty, czarnej kawy lub soku z czarnej porzeczki. Do drugich przeciwników dotarliśmy dość późno i sił oraz miejsca w żołądku starczyło jedynie na wodę.

Po podróży do Bydgoszczy i ok. czterech godzinach snu wyruszyliśmy w podróż powrotną do Torunia, gdzie już o ósmej rano, tuż po śniadaniu zjedzonym naprędce w pobliskim Lidlu, mierzyliśmy się z drużyną MCC Twardy Reset. Borykająca się z problemami kadrowymi ekipa przegrała z nami 3:7, co zapewniło nam grę do końca dnia. Niestety, sprawy osobiste i curlingowe nie dały nam okazji zaproszenia rywali na spotkanie, więc przed kolejnym meczem regenerowaliśmy się sami w, jak się okazało, najsłodszym miejscu w Toruniu. Mam nadzieję, że darujecie mi to lokowanie produktu, ale miłośnikom słodyczy, a zwłaszcza bezy, polecam znajdującą się nieopodal lodowiska kawiarnię „Beza”.

Nasyceni słodkościami i kawą wróciliśmy na teren lodowiska – ja mimo że spałem najkrócej pozostałem na nogach i spędziłem czas na trybunach pod kocykiem, podczas gdy reszta ekipy drzemała sobie w stojącym na słońcu samochodzie. Szczęśliwie nikt nie próbował ich wyciągać na siłę, rozbijając szyby. Drugie spotkanie tego dnia rozegraliśmy przeciwko kolejnej wypożyczającej curlerów drużynie, bełchatowskich The Gentlemen. Po euforii spowodowanej zwycięstwem przyszedł czas na gorzki smak porażki – 3:8 oznaczało dla nas, że wieczornym meczem mieliśmy pożegnać się z turniejem.

Czas do meczu rewanżowego z GCC Hans Team spędziliśmy na obiedzie w pizzerii. Niestety, włoska kuchnia nie pomogła nam odbić sobie piątkowej porażki – przegraliśmy 3:9, dostając lekcję precyzji (rywale zagrywali niektóre kamienie bez szczotkowania i wychodziło im to dużo lepiej niż nam).

Jeśli chodzi o wnioski z turnieju – przed nami jeszcze sporo pracy. Koniecznie musimy wcześniej przeczytać lód, panować nad siłą i kierunkiem wybicia i lepiej komunikować się ze sobą na lodzie. Co do moich osobistych błędów – gdy każdy kamień miał swoje zadanie, nie było kiedy pilnować techniki zagrywania kamieni, co oczywiście oznaczało dużo błędów – moje kamienie były zazwyczaj za  słabe, albo za mocne, za szerokie albo za wąskie, a raz nawet zdarzyło mi się nadać złą rotację. Natomiast dwukrotnie (niestety, już wtedy, gdy nie miało to znaczenia dla wyniku spotkania) udało mi się zagrać mniej więcej tak, jak oczekiwał tego ode mnie skip.

Turniej był też okazją do podpatrzenia czegoś u rywali. Wyniosłem z Torunia bardzo ciekawy pomysł, na którego realizację mam dwa tygodnie czasu. O tym jednak w kolejnym odcinku cyklu, który pojawi się po naszym pierwszym treningu – ten już w sobotę 20 października o 21:00 na poznańskiej „Chwiałce”. Moment długo wyczekiwany przez miłośników curlingu ze stolicy Wielkopolski i okolic.

Powyższy artykuł dedykuję mojej drużynie – skipowi Tomkowi, kierowcy Krzyśkowi i naszej damskiej jedynaczce Emilce.